Kotlety z selerowych plastrów lub bezrybne pulpety, brylowały w jedynym ówczesnym wegetariańskim "portalu informacyjnym" czyli w "wegetariańskim świecie" i serwowane były w wrocławskiej Vedze.
Mówiąc, że znał je każdy ówczesny roślinożerca nie przesadzam ani trochę... znał nawet taki co to (wtedy) nie za bardzo lubił rybne przypominacze, czyli np ja. Zaryzykowałabym nawet tezą, że co prawda trochę później, ale wciąż jeszcze na długo przed nastaniem mody na sushi, niejeden z roslinożerców myślał, że nori to taki typowo wegetariański specyfik, mający umilać życie stęsknionym rybnego smaku roślinożercom ;)
Oczywiście selerowe kotlety pojawiały się i na naszym stole, przyprawione "przyprawą do ryb", obtoczone pokruszonymi płatkami kukurydzianymi i usmażone na złoto, ułatwiały zabawę w "typowo polski obiad".Mówiąc, że znał je każdy ówczesny roślinożerca nie przesadzam ani trochę... znał nawet taki co to (wtedy) nie za bardzo lubił rybne przypominacze, czyli np ja. Zaryzykowałabym nawet tezą, że co prawda trochę później, ale wciąż jeszcze na długo przed nastaniem mody na sushi, niejeden z roslinożerców myślał, że nori to taki typowo wegetariański specyfik, mający umilać życie stęsknionym rybnego smaku roślinożercom ;)
Przypomniały mi o nich swego czasu otwarte klatki KLIK (polecam obejrzeć tym, których zawijanie selera w nori manualnie przerasta), a rok czy dwa później wyniosły je na salony dwie kultowe Panie czyli WeganNerd i Jadłonomia... Wszak moda się lubi powtarzać :)






