To najlżejsza wersja pieczonego sernika jakiej zdarzyło mi się próbować.
Kilka lat temu zachłysnęłam się metodą pieczenia sernika długo, w niskiej temperaturze i już od dawna nie zdarza mi się wracać do normalnego... Z powodów dietetycznych, ale i smakowych.
Nie pamiętam już gdzie znalazłam pierwszą inspirację - na
moich wypiekach, na
kwestii smaku, czy na innym tego typu blogu...
Podobnie piekę
żółty sernik z mango, o którym już pisałam, podobnie karmelowy (na pokruszonych prażonych migdałach), podobnie czekoladowy.
W sezonie jesiennym świetny wychodzi z gruszkami i cynamonem, a w ostateczności nawet i z brzoskwiniami z puszki...
Można też oczywiście upiec go w ten sam sposób, ale na kruchym spodzie lub na pokruszonych ciastkach.
Pieczone tą metodą serniki są bliższe lekkiego, kremowego deseru niż ciężkiego tłustego ciasta, więc i wyrzuty sumienia po zjedzeniu mniejsze ;)
Nie potrzebujemy tu ani odrobiny masła, a jak się bardzo uprzemy to cukier możemy zastąpić każdym innym ulubionym słodem...
Nie trzeba się stresować czy odpowiednio wyrośnie i nie popęka, albo czy ładnie opadnie, bo to ciasto z zasady prawie nie wyrasta.
Do zrobienia jest proste - nie mamy tu żadnego osobnego ubijania białek, czy kręcenia żółtek... składniki nie muszą mieć idealnie tej samej temperatury. Wyjdzie pyszny tak czy siak, zapewniam.
Wystarczy kilka minut pracy miksera i sporo czasu na kanapie z książką i wszechotaczającym zapachem pieczonego ciasta ... Mamy w końcu Dzień Dziecka :)